Nowa płyta Włodka Pawlika SONGS WITHOUT WORDS doskonale wpisuje się w taki przedświąteczny, zimowy, pełen nostalgii klimat długich zimowych wieczorów, dlatego koncert promujący tę płytę okazał się z pewnością mikołajkowym strzałem w dziesiątkę.

Jest to siódmy krążek artysty, jedynego w historii polskiego jazzmana uhonorowanego nagrodą Grammy. Ale i płyta jest inna – składa się de facto z samych kompozycji inspirowanymi popularnymi hitami muzyki rozrywkowej, standardami jazzowymi czy klasycznymi, przełożonymi na język fortepianu. Koncertowa Yamaha w Filharmonii Krakowskiej udźwignęła ten ciężar całkiem nieźle. Niestety – z pomocą wzmacniaczy dźwięku. Taka to już nasza krakowska filharmonia – i taka Yamaha. Instrument charakteryzuje się głębokim, mocnym brzmieniem głównie w niskich rejestrach (dzięki czemu jest doskonale słyszalny przy orkiestrze symfonicznej).

Włodek Pawlik wystąpił jednak z koncertem solowym – i natychmiast zabrał nas do świata swoich muzycznych inspiracji. Artysta zazwyczaj stara się zachować pierwotny klimat, charakter i nastrój kompozycji, jednak każdy znany motyw czy temat utworu stanowi dla niego punkt wyjścia do czasem mniej, czasem dużo bardziej rozległych improwizacji. Czasem temat ukryty jest w lewej ręce, w tak zwanym “dole”, obudowany koronkowo partią prawej ręki. Czasem zauroczy nas– jak w rozpoczynającym płytę „Sound of Silence” – subtelnym, lirycznym frazowaniem, wśród którego dopiero po kilkunastu taktach pojawia się rozpoznawalny temat. Czasem swinguje niczym taper w przedwojennym niemym kinie – jak w „Somewhere over the Rainbow”. Czasem – jak w „Blowin’ in the Wind” – pojawią się góralskie tony, z których nagle urodzi się kolęda „Lulajże Jezuniu”, czasem pojawia się ciężki blues – niestety, bywa, że podobnych pomysłów jest zbyt dużo, aby pozwoliły uchronić się od banału formy.

To świetnie, że Włodek Pawlik przypomina improwizacje Witwickiego i Lutosławskiego, którymi uraczył nas podczas swojego mikołajkowego koncertu w Filharmonii Krakowskiej.

Co może zrobić pianista jazzowy, aby – choć przez chwilę – stać się showmanem? Włodek Pawlik pojawia się w olśniewająco błyszczącej marynarce, zachęca nas do nucenia ludowej przyśpiewki „Ej od Krakowa jadę” (co w filharmonii czynimy dość nieśmiało) – ale przede wszystkim gra. I pokazuje nam swoje „wyzwania pianistyczne” – takie jak brawurowy „Ragtime” – własną kompozycję sprzed lat bodaj trzydziestu – która znalazła się na płycie QUASI TOTAL, jeszcze winylowej

Ta płyta jest w pewnym sensie moim manifestem. Żebyśmy się opamiętali, wyciszyli, znaleźli w muzyce na nowo pokłady ciszy, spokoju, tego co w fortepianie, jako instrumencie, jest fantastyczne – to, że potrafi być alfą i omegą – mówi Włodek Pawlik dziennikarzowi o swoim solowym albumie SONGS WITHOUT WORDS. I chyba dodać można tylko to, co powiedział nam podczas koncertu: „Po mnie zostaną dźwięki w państwa sercach”. Zostały.

Katarzyna Cetera

Scroll to top