Wywiad z The Freeborn Brothers

O początkach z muzyką, vlogach na YouTube i nowych projektach muzycznych rozmawialiśmy z zespołem The Freeborn Brothers przed koncertem w ramach Festiwalu Wschody w Lublinie.

– Pamiętacie moment, w którym stwierdziliście, że to właśnie muzyka jest tym, co chcecie robić w życiu?

Mateusz Pleśniak: Ja mam ogólnie 3 braci i moi bracia byli dla mnie tą wstępną “rzeczą” muzyczną, ponieważ słuchali dużo muzyki na kasetach i ja zawsze jak patrzyłem na nich, to byli to dla mnie tacy bogowie – wiadomo, jak to starsi bracia. Chodziłem za nimi i starałem się udawać tak samo jak oni się zachowują i te ich zachowania też przejmowałem. Jeden z moich braci grał na gitarze i ja go strasznie podziwiałem. No ale wtedy jeszcze jakoś tak specjalnie się tym nie interesowałem, żeby sam instrument wziąć do ręki. Jak miałem 12 lat to tato stwierdził, że lepszym instrumentem będzie dla mnie akordeon. I dostałem po prostu akordeon i musiałem się na nim nauczyć grać. I tak 2 lata… Na początku było nawet spoko, ale po jakimś czasie, jak zobaczyłem z czym się to wiąże, że wiąże się to z pijackimi imprezami i że muszę grać jakieś beznadziejne rzeczy to odrzuciłem akordeon na strych. Minęło dużo czasu żebym później wrócił do gitary. Zacząłem samodzielnie się uczyć na niej grać. A najbardziej przełomowy czas to ten, kiedy poznałem Nikodema w roku 2010 – to był moment, kiedy wszystko się zmieniło. Bo tak naprawdę na początku było wszystko hobbystycznie; myślałem, że coś tam sobie pogram, może coś się wydarzy… A tu nagle – bęc! – trafiam do zespołu rock’n’rollowego i jeżdżę na trasy, i w ogóle na głębokiej wodzie!

Paweł Kuś: U mnie było w zasadzie tak, że muzyka zawsze gdzieś tam towarzyszyła mi od samego początku i to było właśnie takie hobbystyczne, żeby pogodzić te dwa światy: z jednej strony muzyka, z drugiej – szkoła, studia, praca itd. i w pewnym momencie się tak trochę obudziłem z tym wszystkim, że kurczę, mam instrument, mam jakieś tam aspiracje do tego żeby faktycznie móc grać i żeby prowadzić to dalej. I pamiętam taki moment przełomowy, kiedy wyjechałem jako nauczyciel, jako instruktor na obóz muzyczny z moimi przyjaciółmi, którzy prowadzą też szkołę muzyczną. I tam poznałem Tomka Andrzejewskiego i on właśnie dał mi do zrozumienia, że powinienem w to iść w 100%. Odrzucić jakąś tam kiepską pracę na stacji benzynowej czy wszystkie jakieś takie inne zajęcia i skupić się na muzyce, skupić się na tym, co faktycznie mógłbym robić dobrze, i tak to poszło. Później zapisałem się na studia muzyczne, dostałem się na te studia i udało mi się je dokończyć, i też poznałem po drodze bardzo dużo wspaniałych muzyków, wspaniałych ludzi, którzy gdzieś tam też poprowadzili mnie w tym kierunku muzycznym. I tak to się potoczyło. Później był jeden zespół, drugi, trzeci, czwarty i koniec końców Freeborn Brothers i jesteśmy tu i teraz.

Nikodem Soszyński: Ja się tak urodziłem (śmiech). Tak wyszło, takie mam przekleństwo, bo faktycznie jak byłem mały to właściwie odkąd pamiętam i odkąd moi rodzice mi mówili, to zawsze chciałem uderzać kijami w różne rzeczy. I przerodziło się to w uderzanie w perkusję. A później, z biegiem czasu zacząłem grać na keyboardzie, ale jakoś kompletnie mnie to nie interesowało. Mimo tego, że w wieku 8-9-10 lat byłem fascynatem muzyki disco polo, ale nic to – perkusja nadal wygrywała, mimo że nie występowała w instrumentarium zespołów disco polowych. I tak zostało. I tutaj na potrzeby zespołu The Freeborn Brothers, w którym dzisiaj występujemy zacząłem grać na banjo, no i tak.

Krzysztof Rakoczy: U mnie przygoda z muzyką zaczęła się w zasadzie za sprawą moich rodziców, bo oni wysłali mnie początkowo do takiej szkółki, która była obok orkiestry dętej, która działała w mojej miejscowości. Na początku, oczywiście, to zawsze coś nowego, więc był moment fascynacji, później jednak wszystko się, że tak powiem, skończyło i robiłem to tak bardziej z przymusu. Ale dojrzałem do tego po dobrych około 8 latach. W momencie kiedy poszedłem na studia, zdecydowałem, że może pójdę do szkoły muzycznej żeby sobie jakoś ten wolny czas uzupełnić. I będąc w szkole muzycznej i równocześnie na studiach po dwóch latach stwierdziłem, że jednak studia nie są dla mnie. W sensie – kierunek, który studiuję nie do końca mnie interesuje. I podjąłem wtedy decyzję, że będę się bardziej starał iść w stronę muzyki. Był to też czas, kiedy poznałem Mateusza, więc sporadycznie gdzieś tam właśnie z tym zespołem rock’n’rollowym, w którym również Nikodem grał, kilka koncertów z nimi zagrałem i później zespół ten przerodził się właśnie w The Freeborn Brothers, w którym gram już… no prawie od 2 lat regularnie.

Arkadiusz Hawro: Moja przygoda z muzyką zaczęła się od orkiestry dętej – po prostu zacząłem sobie grać marsze i inne takie ładne piosenki. I przyszła taka opcja, że można było iść do szkoły muzycznej. Poszedłem, ponieważ było to coś innego. Miałem zbyt dużo wolnego czasu i akurat trąbka wypełniła ten wolny czas doszczętnie. Nie wiedziałem czy to jest ta droga, nadal nie wiem, ale poszedłem na studia muzyczne, które ukończyłem. No tak w sumie przez te lata stwierdziłem, że podoba mi się to, a każdy mówi, że powinno się robić to, co się kocha. Ja kocham muzykę, kocham trąbkę i cieszę się z każdej chwili, kiedy mogę ją po prostu złapać i zacząć na niej grać. Tym bardziej tutaj w zespole, gdzie tworzymy własną muzykę. Nikt nas nie ogranicza, robimy to, co chcemy, no i tym bardziej to jest dla mnie radosne, że spełniamy się w tym. A jeszcze jak widzimy radość ludzi podczas naszego koncertu i po nim, to tym bardziej jestem utwierdzony, że to, co robimy jest dobre. I na pewno chciałbym to robić jeszcze dalej, także myślę, że muzyka będzie jeszcze długo ze mną.

– Przybliżmy nieco Waszą historię. Jak wyglądały początki zespołu The Freeborn Brothers? Jakieś szczególne, przełomowe momenty?

Nikodem Soszyński: Zespół powstał w 2013 r. i na początku był to zespół dwuosobowy, czyli byłem ja i Mateusz Pleśniak. Zaczęliśmy grać we dwóch i stwierdziliśmy, że będziemy sobie grać muzykę, która nie będzie niczym ograniczona. Bo, tak jak wcześniej wspomniano, graliśmy w zespole rock’n’rollowym i, jak sama nazwa „zespół rock’n’rollowy” narzuca pewne ramy muzyczne, myśmy chcieli z tym ram wyjść, dlatego też zaczęliśmy nowy zespół. Graliśmy w dwie osoby, następnie dołączył kontrabasista, który już z nami nie gra. Później dołączył Paweł Kuś na basie, a jeszcze później chłopaki. Każdy dzień jest właściwie przełomowy dla nas, bo tak jak Arek powiedział, nikt nad nami nie wisi, nikt nam nie nakazuje co mamy robić. Z jednej strony to jest fajna sprawa, z drugiej, jak się można domyślić, nie jest to łatwe, bo wszystko zależy od nas: cała praca, cały rozwój zespołu, nagrywanie, koncerty, promocja – wszystko jest w naszych rękach, więc to naprawdę jest duże osiągnięcie, że zespół istnieje i jakoś tam sobie radzi i gra koncerty, i nagrywa, i funkcjonuje, powiedzmy, umiarkowanie prężnie, więc to jest dużym osiągnięciem. Wiadomo, byliśmy na kilkunastu ciekawych festiwalach i dla mnie osobiście – myślę, że dla chłopaków też – dużym osiągnięciem było zagranie na festiwalu Colours of Ostrava, no bo to jest bardzo znany, duży festiwal, nagrodzony i wyróżniony w 10 festiwalach europejskich, no i było nam bardzo miło, że mogliśmy tam grać. I to graliśmy o całkiem fajnej godzinie i nie na najmniejszej scenie, więc dodatkowe wyróżnienie! (śmiech) Mamy wydane 4 płyty, więc to też można powiedzieć, że jest to jakieś tam osiągnięcie. Płyty są wydane przez nas, nie mieliśmy żadnych dodatkowych pomocy przy tym, więc tym bardziej uważam to za osiągnięcie.

Mateusz Pleśniak: Największym osiągnięciem zespołu jest przejście przez kryzys, kiedy Ci się wydaje w głowie, że nie będzie grania. Są takie momenty, są dni takie, że Ci się wydaje, że to naprawdę już nic z tego dalej nie będzie. I to każdy zespół będzie musiał przez to przechodzić i będzie musiał po prostu zdecydować co dalej.

Arkadiusz Hawro: Kryzysy u nas były, na pewno jeszcze niejeden będzie, ale pokonujemy je i chyba wspólnie jesteśmy w stanie przejść każdy kryzys.

– I jak Wam się to udaje, jak pokonujecie te kryzysy?

Nikodem Soszyński: Milczeniem! (śmiech)

Paweł Kuś: Ja myślę, że samo granie jest takim antidotum na wszelkie kryzysy i depresje. Jeśli po prostu jesteśmy razem na scenie, gramy, jest ta energia, to wtedy już się zapomina o tych wszystkich głupotach.

Nikodem Soszyński: To jest właśnie to przekleństwo tego grania, bo generalnie rzecz biorąc dzisiaj mija 27 dzień, kiedy jesteśmy w trasie, no i nie byliśmy od tego czasu w domu. Gramy trasy nie takie, jak w Polsce się gra, że trasa koncertowa to piątek-sobota. Graliśmy codziennie. My przez te 27 dni mieliśmy wolne tylko 3 dni i to jest bardzo męczące. I to też na pewno wywołuje różnego rodzaju kryzysy i przemyślenia, że może fajniej by było to wszystko rzucić i iść do roboty jakiejś „normalnej”. A później się widzi, że się gra i że się ludzie cieszą, i to ładuje te baterie od nowa. Od tego się nie da uwolnić chyba, to jest właśnie błędne koło, jak hazard to jest (śmiech).

– Dzisiaj na Wschodach kończycie kolejną trasę europejską. Jakbyście ją podsumowali?

Arkadiusz Hawro: Mieliśmy takie myśli, że gdzieś tak po drugim tygodniu trasy zaczęliśmy sobie wspominać co było tydzień temu i wtedy myślisz sobie takie „ja Cię, przecież to jakby wieki minęły”. Każdy dzień jest inny, cały czas nowe twarze, cały czas nowe sytuacje – nie zawsze najpiękniejsze. Czasami po prostu przychodzisz i okazuje się, że jednak tych ludzi nie przyszło tyle, ile by się chciało, albo następnego dnia przychodzisz i jest tłum, i jest wspaniale. Także cały czas te wahania tych koncertów… to da się ogarnąć chyba dopiero po powrocie do domu.

Paweł Kuś: Musimy trochę ochłonąć z tego jeszcze.

Arkadiusz Hawro: Teraz jakbym ja miał przypomnieć sobie pierwszy tydzień naszej trasy, to… tak jak ktoś siedzi w domu i pracuje – robi codziennie to samo, chodzi do pracy i miesiąc mu minie, nawet się nie zorientuje. A teraz jakbym sobie przypomniał co było te prawie 4 tygodnie temu, to dla mnie to było strasznie dawno. Tyle co się działo, każdy dzień był inny, z każdym dniem były różnego rodzaju sytuacje – i pogodowe, i kulturalne, i mniej kulturalne… (śmiech) Naprawdę dużo się działo, także zachęcam do takich wypraw. Jeżeli ktoś ma możliwość, to wziąć trochę wolnego, porobić coś tak, żeby nie wiedzieć co będzie na drugi dzień, na przykład (śmiech).

– Od niedawna na swój kanał na YouTube wrzucacie nie tylko projekty muzyczne, ale też vlogi pokazujące Wasze życie w trasie. To Wasz sposób na utrzymanie jeszcze lepszego kontaktu z fanami?

Nikodem Soszyński: Kombinujemy, bo wiadomo, że czasy się trochę zmieniają. Ja pamiętam sobie jeszcze nieco dawniejsze czasy, gdzie tak naprawdę ważna była muzyka i ta muzyka robiła całą robotę. A teraz, niestety, moim zdaniem, czasy się trochę zmieniają i trzeba trochę ścigać tych słuchaczy. Dlatego też staramy się zrobić tego vloga żeby troszkę bardziej zainteresować ludzi, może nie tylko od strony muzycznej, ale też od tej drugiej strony. Wydaje mi się, że to jest całkiem fajna sprawa, czy dla początkujących zespołów, czy w ogóle ludzi, którzy się zastanawiają jak to jest na trasie. Nie wiem, czy jest dużo tego typu materiałów w internecie, żeby można było zobaczyć jak to wygląda „od kuchni”, czyli cały ten etap podróżowania itd. My się staramy tutaj to zrobić trochę bardziej humorystycznie, no bo czemu nie? My tak sobie robimy różnego rodzaju dowcipy i to jest całkiem fajne, a przynajmniej tak mi się wydaje (śmiech). No i to jest taka forma właśnie żeby wyjść do tych ludzi bardziej.

Paweł Kuś: To jest też taka fajna „pigułka”, bo też często ludzie zadają pytanie, jak już wrócimy do domu na przykład, „a jak tam w trasie?” – no to opowiedzieć całą trasę w 15 minut po prostu się nie da.

Nikodem Soszyński: No, dlatego właśnie teraz jak przyjedziemy do domu i żona zapyta „jak było w trasie?”, to się wysyła linka na YouTube (śmiech).

Mateusz Pleśniak: Ale to też dla nas samych jest dobre, bo powiedzmy, że ileś lat minie, to jeżeli te linki zostaną i ten YouTube nadal będzie, to będziemy mogli mieć doskonałe źródło wspomnień dla nas samych. Byliśmy w centrum jakichś różnych wydarzeń w całej Europie i to jest niezwykłe, że mogliśmy w tym uczestniczyć.

Nikodem Soszyński: To jest słuszna uwaga, tu Mateusz dobrze mówi i ja się z tym zgadzam, bo tak jak jesteśmy w szkole, czytamy te książki do historii – to wszystko są jakieś tam fakty, które gdzieś tam się wydarzyły kiedyś tam, ale teraz tak naprawdę przez to, że my się tak dość dużo przemieszczamy po Europie, to jesteśmy w centrum zdarzeń, o których nasze dzieci, czy nawet dzieci następne, będą się uczyć. I to jest takie niesamowite, bo np. byliśmy w Katalonii, rozmawialiśmy w ogóle z ludźmi, bo wiadomo jaka tam jest czy była sytuacja polityczna; spotkaliśmy siostrę Prezydenta Katalonii, byliśmy w jego mieście, spaliśmy w domu, gdzie odbywają się narady bojówek katalońskich. Tak samo byliśmy w Rumunii kiedy były wielkie antyrządowe protesty. Myśmy byli w środku dokładnie kiedy te protesty się odbywały, kiedy ludzie stali na budynkach, machali flagami i krzyczeli wniebogłosy. Myśmy tam byli i później graliśmy koncert. Tak samo Brexit teraz, co prawda nie doszedł do skutku, ale początkowy plan był taki, że wchodzi 27 marca, a myśmy 31 marca mieli pierwszy koncert w Anglii, więc tak naprawdę my jesteśmy w centrum tych zdarzeń historycznych, które następują. I wydaje mi się, że jest to bardzo wartościowe na pewno dla nas samych też, że jak dożyjemy starości, to będziemy to wspominać.

Paweł Kuś: To daje fajną perspektywę po prostu na to, co się dzieje. Tak, że nie tylko z punktu widzenia mediów, tylko sami namacalnie tego doświadczamy.

Nikodem Soszyński: I też możemy zaobserwować jak występują różnego rodzaju manipulacje na faktach, bo widzimy to na własne oczy, a później widzimy to, co się pokazuje w telewizji czy w internecie i to nie do końca wygląda tak, jak wygląda naprawdę.

Porozmawiajmy teraz o Waszym najnowszym projekcie, który zaledwie kilka dni temu ujrzał światło dzienne. 43 osoby zamknięte w stodole, a wszystko po to, żeby uhonorować motyw przewodni “Gry o tron”. Opowiedzcie skąd w ogóle taki pomysł i jak wyglądały przygotowania do tego przedsięwzięcia?

Nikodem Soszyński: Cały ten krótki fragment tego wstępu muzycznego do serialu my już gramy chyba z półtora roku, albo nawet i dłużej. To był po prostu taki malutki element naszego seta koncertowego.

Arkadiusz Hawro: To było chyba przed premierą siódmego sezonu jak to nagraliśmy.

Nikodem Soszyński: No, zrobiliśmy to jakiś czas temu w każdym razie, graliśmy to na koncertach. Zrobiliśmy też taką wersję koncertową, tylko w naszym 5-osobowym składzie.

Arkadiusz Hawro: I co ciekawe – zrobiliśmy to będąc na trasie.

Nikodem Soszyński: W sensie nie ten klip, o którym teraz mowa, tylko tą pierwszą wersję 5-osobową, która nie odbiega wielce od tego, co jest teraz w tym powiększonym składzie. A teraz właśnie na potrzeby YouTube’a i premierę ósmego sezonu „Gry o tron” postanowiliśmy, że coś takiego zrobimy. I stwierdziliśmy, żeby może trochę więcej ludzi… i tak się zaczęło. Tutaj Arek grał główną rolę w zebraniu orkiestry dętej. Jak się okazało, że nagle wszyscy są zainteresowani udziałem w tym projekcie, no to dlaczego nie? I skończyło się na tym, że mieliśmy chyba 23 osoby na dętych, a miało być 12, więc trochę nam się rozmnożyło. A też, tak bardzo spontanicznie, Zespół Pieśni i Tańca Markowianie też zgodzili się zaśpiewać ten fragment. Przyjechało z 16 osób, no i nasza piątka. Dawid Kozłowski zrealizował to w bardzo trudnych warunkach, bo dodam, że i video, i audio nagrywaliśmy jednocześnie na żywo w tej stodole, więc po prostu było: „raz, dwa, trzy, gramy!” i wszystko się nagrywa. Także Dawid bardzo dużą rolę odegrał tutaj, bo ogarnął całe to zaplecze techniczne, audio i jeszcze to wszystko ładnie nagrał. To jest bardzo duża zasługa Dawida, no i wszystkich uczestniczących w tym projekcie. I efekt w sumie chyba fajny, mi się tam podoba! (śmiech)

– Jak wyglądają Wasze najbliższe plany muzyczne? Kombinujecie coś?

Chórem: Kombinujemy!

Arkadiusz Hawro: Myślę, że już te nasze plany i pomysły w życie weszły na naszych koncertach i, jak można na naszej stronie zobaczyć, są dość osobliwe zdjęcia, które reprezentują, zapowiadają coś nowego, co zamierzamy przedstawić. To będzie inne niż nasze wcześniejsze płyty. Oczywiście w oparciu o to, co normalnie graliśmy, ale jest inaczej.

Nikodem Soszyński: W sensie tu mówimy o nowej płycie. Będzie nowa płyta, która będzie okraszona całą nową ideologią.

– O właśnie! Co oznacza kogut, który towarzyszy Waszemu zespołowi? Dlaczego akurat to zwierzę?

Nikodem Soszyński: To zostało wymyślone na potrzeby właśnie nowej płyty, chociaż ten kogut się przewijał już gdzieś tam wcześniej.

Mateusz Pleśniak: My to traktowaliśmy jako symbol takiej cygańskości, że to jest takie podwórkowe. Chcieliśmy wykorzystać po prostu skojarzenia.

Paweł Kuś: Teraz na tej nowej płycie wykorzystujemy to w taki głębszy sposób niż może się to wydawać na pozór, także zobaczymy jak to będzie w sumie. Jeszcze nie zdradzamy dokładnie, ale zajrzyjcie na naszą stronę!

– Dziękuję bardzo za rozmowę!

Yellow Umbrella

Yellow Umbrella

Yellow Umbrella – Wywiad W trakcie Ostróda Reggae Festival mieliśmy przyjemność przeprowadzić wywiad z Yellow Umbrella – weteranami reggae/ska z Drezna. Oto streszczenie rozmowy z

Czytaj więcej »

Rozmowa z zespołem Lor

Wywiad z zespołem Lor … … czyli Julią Skibą, Pauliną Sumerą, Jagodą Kudlińską i Julią Błachutą Na polski rynek muzyczny weszły szturmem już kilka dobrych

Czytaj więcej »

Wywiad z Anią Prasek

Wywiad z Anią Prasek Jest młoda i wyjątkowo utalentowana. Rynek muzyczny stoi przed nią otworem. O kim mowa? Poznajcie Anię Prasek! Jesteś multiinstrumentalistką. Grasz na

Czytaj więcej »
Scroll to top