Wywiad z Damianem Syjonfamem

O pierwszej fascynacji muzyką, relacjach z fanami i najbliższych muzycznych planach rozmawialiśmy z jednym z czołowych przedstawicieli polskiego reggae – Damianem Syjonfamem tuż przed koncertem w trakcie festiwalu Kazimiernikejszyn.

– Pamiętasz moment swojej pierwszej fascynacji muzyką reggae?

– Ja już mam sporo lat, więc trochę trudno jest pamiętać takie momenty (śmiech). Mój tato miał kiedyś nagrane coś Boba Marleya na kasetach, a potem pamiętam moment, który przeważył sytuację: to było wtedy, gdy usłyszałem piosenkę Boba Marleya – “We and Dem”. On tam śpiewał o takich sprawach, o których żaden inny wokalista nie śpiewa i to mnie zainteresowało. No i oczywiście puls – od razu poczułem to w sercu.

– Jak wygląda u Ciebie etap tworzenia kolejnych utworów? Masz jakieś swoje rytuały czy zwykle natchnienie przychodzi w najmniej spodziewanym momencie?

– Trochę pomagam natchnieniu. Zazwyczaj jest tak, że staram się po swojemu pomodlić do Najwyższego żeby mi przysłał trochę natchnienia tego dnia, ale nie zawsze mnie słucha (śmiech) i czasami muszę długo na to czekać. Chociaż nie, masz rację, czasem jest tak, że jadę samochodem i coś mnie natchnie. Na szczęście teraz mam dyktafon w telefonie, bo kiedyś, dawno temu, moja teraźniejsza żona – wtedy moja dziewczyna, kupiła mi dyktafon, bo mówiłem jej, że czasem dopada mnie to natchnienie gdzieś w drodze. Także czasami przychodzi to znienacka, a czasami trochę temu pomagam, czyli słucham w kółko jakiegoś podkładu instrumentalnego do momentu aż przyjdzie taki wers, który wiem, że będzie podstawą dla piosenki.

– A co Ci daje koncertowanie?

– Koncertowanie to jest taka nagroda, bo tak naprawdę oprócz tego, że różne są etapy i różne poziomy tworzenia muzyki, to dla mnie i dla muzyków koncert jest nagrodą za naszą pracę i za to, co zrobiliśmy. Na koncercie bardzo dużo dostajemy od publiczności, dużo energii i dzięki temu wiemy, że to, na co pracowaliśmy tak długo – działa.

– Po Twoich koncertach bardzo często ustawiają się do Ciebie długie kolejki. Wiele osób chce zamienić z Tobą choć słowo, zrobić zdjęcie czy wziąć autograf, a Ty cierpliwie znajdujesz dla nich czas. Czemu taka bliska relacja z fanami jest dla Ciebie ważna?

– Dzięki nim mogę robić to, co kocham, więc po prostu ich szanuję. Wiem, że każdy kto przychodzi, każda pojedyncza osoba chciałaby mieć pamiątkę – zdjęcie czy autograf, albo czasami kupić płytę i tak dalej. Poza tym teraz jeszcze więcej z tego czerpię; myślę, że wcześniej nie byłem na to aż tak gotowy, ale teraz lubię zamienić słowo z ludźmi i często są to dla mnie inspiracje dla nowych piosenek. Daje mi to dużo do myślenia i to też jest dla mnie nagroda.

– Rozmawiamy w trakcie festiwalu Kazimiernikejszyn, którego niezmienne hasło nadrzędne brzmi “bez spinki”. Ty sam o sobie mówisz, że jesteś “optymistą z natury”,  ale wiele osób twierdzi, że obecnie tak się nie da, bo przecież w dzisiejszym świecie jest tyle powodów żeby jednak „się spinać”. Masz jakiś patent na to, żeby ten optymizm jakoś w sobie utrzymać?

– Ja już się taki urodziłem (śmiech). Stosuję taką zasadę, że nawet w najgorszej sytuacji można znaleźć coś pozytywnego. Tak jak w piosence “Kto siłę ma” – niby upadasz na dno, ale tak sobie pomyślałem: no tak, ale dno jest twarde. Może właśnie po to jest twarde, żeby się odbić do góry, więc myślę, że w każdej sytuacji można coś takiego znaleźć i zawsze się staram tym kierować. Nigdy nie jest tak źle, żeby nie mogło być lepiej!

– Na scenę Kazimiernikejszyn wracasz po 4 latach, Twój ostatni występ tutaj miał miejsce podczas drugiej edycji tego festiwalu. Miałeś chwilę żeby się teraz trochę rozejrzeć? Dużo się zmieniło od tamtego czasu?

– Scena inaczej stoi i bardzo mi się to podoba, zrobiło się tak kameralnie. To super miejsce w ogóle! No i garderobę mamy fajną! (śmiech)

– Co lubisz robić w wolnym czasie, o ile taki jeszcze u Ciebie występuje? Jak ładujesz akumulatory?

– Nie mam wolnego czasu, ale w zasadzie zawsze jak zajmuję się muzyką to jest dla mnie tak jakby wolny czas, bo bardzo lubię to robić.

– Od premiery Twojej ostatniej solowej płyty „Czuję, więc jestem” minął już rok, zatem porozmawiajmy teraz o przyszłości. Masz już pomysł na nowy materiał?

– Tak, mam już jakiś pomysł w głowie, choć nie potrafię tego jeszcze jakoś tak ładnie opisać, żeby ludzi zachęcić (śmiech), ale już coś mi się tworzy. I nawet z Magdą (żona i manager Damiana – przyp. red.) już coś zaczynamy planować i planujemy tym razem zrobić coś większego. Do tej trzeciej płyty był tak naprawdę tylko jeden teledysk do jednego singla, a teraz chcemy coś grubiej! I bardzo możliwe, że będą nawet piosenki po angielsku – nie wszystkie, ale parę będzie na pewno.

– Planujesz zrobić kolejne wydawnictwo winylowe? To dość mocno popularny trend ostatnio.

– Już wydałem jedno, ale ten winyl dla nas to też bardziej jako taka nagroda, taki suwenir, bo nie ma takiego wielkiego zapotrzebowania na winyle z moją muzyką. A jednak wyprodukować taką płytę to jest dosyć duży koszt. Super mieć swój winyl, ja już jeden mam i zobaczymy w przyszłości… Nigdy nie wiadomo co się wydarzy, nie wiemy nawet co będzie za dwa tygodnie.

– Na zakończenie naszej rozmowy – czego mogę Ci życzyć?

– Czego mi życzyć? Wakacji z najbliższymi, teraz tylko o tym marzę! (śmiech)

– I właśnie tego Ci życzę. Dziękuję za rozmowę!

Scroll to top